Muzyka, muzyką nie zawsze jest. Oferuje nam ogromny, bardzo
zróżnicowany wachlarz rodzajów, przez, który nie tylko możemy wygórować nasz
gust muzyczny, ale odnaleźć swój własny rodzaj, spełniający szereg oczekiwań,
które z pewnością mamy, i które powinny zostać spełnione, aby dany rodzaj, dana
muzyka przypadła nam do gustu. Każdy dąży, a przynajmniej powinien jeżeli
należy do koneserów muzyki, dążyć do tworzenia, słuchania czy kreowania
własnego, uwielbionego rodzaju muzycznego.
Myślę, że taką osobą jest Elizabeth Woolridge Grant,
zdecydowanie lepiej znaną pod pseudonimem „Lana Del Rey”. Chociaż wymieniony
pseudonim i częściowo charakter piosenkarki jest wyimaginowanym tworem jej
menadżerów , chciałbym zaznaczyć, że nawet jeśli cały wizerunek jest
wykreowany, to sposób śpiewania jest albo szczery albo nie. Dla mnie, Lana
śpiewa całym sercem, całą duszą. Odpowiednio akcentuje odpowiednie wyrazy
tekstu piosenki, aby podkreślić jego charakter i swoistość oraz samą symbolikę.
Tak wiele ludzi, nie znosi Lany, tylko dlatego, że jest córką milionera, co
niewątpliwie ułatwiło jej start kariery, bagatele ułatwiło pewny krok w przód.
Ale przecież, to nie pan Rob, wygląda i śpiewa kapitalnie w teledysku do
piosenki „Born To Die”, albo urzeka miliony swoim dziewczyńskim charakterem w
teledysku „Ride”. A przecież, to jest stek bzdur. Jaka artystka wydaje
teledyski do swoich klipów średnio co jeden lub dwa miesiące. Notabene, nie są
one kiczowate, urzekają wyraźnym charakterem vintage i stylem piosenkarki. Nie
można sądzić, że jest córeczką tatusia, która odbiła się i żyje dzięki jego
bogactwu. Dodatkowo, 13 listopada minionego roku, Lana wydała reedycję swojej
płyty „Paradise”, rozszerzona o 9 zapierających w dech piersiach utworów, do
których należy wspomniany wcześniej utwór „Ride”. Naprawdę, dawno nie słyszałem
tak przejmującej i dodatkowo perfekcyjnej reedycji, utwory były dobre,
głębokie, nawet idealne pod względem stylistycznym, ale nigdy nie były takie
jak w „Paradise”. Wystarczy posłuchać „Bel Air” czy „American”, które zaliczają
się do tych diamentów, które mogą konkurować z najlepszymi kompozycjami
wszechczasów. I to jeszcze nie wszystko. W lutym bieżącego roku, Elizabeth rozpoczęła
prace nad swoją nową płytą. Czekam na nią z ogromną niecierpliwością, myślę że
będzie to kolejny majstersztyk autorstwa Lany. Dziewczyna co prawda, próbowała
już swoich sił na rynku muzycznym, zawsze pod innym pseudonimem, ale to dopiero
Lana Del Rey, przyniosła jej szczęście.
Idealny styl, fantastyczne wyczucie muzyki, inspirujący
charakter. Cała Lana „córeczka tatusia”. Z pozoru prostacka, ale gdy się
wsłuchasz w piosenkę, którąkolwiek, na chybił trafił zmienisz zdanie, gwarantuję,
a w przeciwnym razie, przynajmniej wzbogacisz się o nowe doznanie muzyczne, coś
innego niż Disco Polo… ZAWSZE SPOKO!