wtorek, 2 kwietnia 2013

"Światło reflektora, złe dziecko, ma dar", czyli "preludium" w świat córeczki tatusia


Muzyka, muzyką nie zawsze jest. Oferuje nam ogromny, bardzo zróżnicowany wachlarz rodzajów, przez, który nie tylko możemy wygórować nasz gust muzyczny, ale odnaleźć swój własny rodzaj, spełniający szereg oczekiwań, które z pewnością mamy, i które powinny zostać spełnione, aby dany rodzaj, dana muzyka przypadła nam do gustu. Każdy dąży, a przynajmniej powinien jeżeli należy do koneserów muzyki, dążyć do tworzenia, słuchania czy kreowania własnego, uwielbionego rodzaju muzycznego.

Myślę, że taką osobą jest Elizabeth Woolridge Grant, zdecydowanie lepiej znaną pod pseudonimem „Lana Del Rey”. Chociaż wymieniony pseudonim i częściowo charakter piosenkarki jest wyimaginowanym tworem jej menadżerów , chciałbym zaznaczyć, że nawet jeśli cały wizerunek jest wykreowany, to sposób śpiewania jest albo szczery albo nie. Dla mnie, Lana śpiewa całym sercem, całą duszą. Odpowiednio akcentuje odpowiednie wyrazy tekstu piosenki, aby podkreślić jego charakter i swoistość oraz samą symbolikę. Tak wiele ludzi, nie znosi Lany, tylko dlatego, że jest córką milionera, co niewątpliwie ułatwiło jej start kariery, bagatele ułatwiło pewny krok w przód. Ale przecież, to nie pan Rob, wygląda i śpiewa kapitalnie w teledysku do piosenki „Born To Die”, albo urzeka miliony swoim dziewczyńskim charakterem w teledysku „Ride”. A przecież, to jest stek bzdur. Jaka artystka wydaje teledyski do swoich klipów średnio co jeden lub dwa miesiące. Notabene, nie są one kiczowate, urzekają wyraźnym charakterem vintage i stylem piosenkarki. Nie można sądzić, że jest córeczką tatusia, która odbiła się i żyje dzięki jego bogactwu. Dodatkowo, 13 listopada minionego roku, Lana wydała reedycję swojej płyty „Paradise”, rozszerzona o 9 zapierających w dech piersiach utworów, do których należy wspomniany wcześniej utwór „Ride”. Naprawdę, dawno nie słyszałem tak przejmującej i dodatkowo perfekcyjnej reedycji, utwory były dobre, głębokie, nawet idealne pod względem stylistycznym, ale nigdy nie były takie jak w „Paradise”. Wystarczy posłuchać „Bel Air” czy „American”, które zaliczają się do tych diamentów, które mogą konkurować z najlepszymi kompozycjami wszechczasów. I to jeszcze nie wszystko. W lutym bieżącego roku, Elizabeth rozpoczęła prace nad swoją nową płytą. Czekam na nią z ogromną niecierpliwością, myślę że będzie to kolejny majstersztyk autorstwa Lany. Dziewczyna co prawda, próbowała już swoich sił na rynku muzycznym, zawsze pod innym pseudonimem, ale to dopiero Lana Del Rey, przyniosła jej szczęście.

Idealny styl, fantastyczne wyczucie muzyki, inspirujący charakter. Cała Lana „córeczka tatusia”. Z pozoru prostacka, ale gdy się wsłuchasz w piosenkę, którąkolwiek, na chybił trafił zmienisz zdanie, gwarantuję, a w przeciwnym razie, przynajmniej wzbogacisz się o nowe doznanie muzyczne, coś innego niż Disco Polo… ZAWSZE SPOKO!

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

USA vs UK - detronizacja Coldplay

Nie jest tajemnicą, że relacja angielskoamerykańska jest raczej złożona i ograniczona do minimum. Pokuszę się stwierdzeniem, że nie przepadają za sobą. Jednak zarówno amerykański jak i angielski rynek muzyczny jest bardzo rozwinięty. Idą razem łeb w łeb, wypuszczając na rynek coraz więcej nie tylko lepszych, ale bardziej rozwiniętych w tym temacie muzyków. Chciałbym porównać perełki "indie rock" skłóconych narodów.

Na pierwszy ogień, pójdzie zespół pochodzący z kraju propagującego dystyngowany styl bycia oraz charakterystyczny napój - herbatę. Tym zespołem jest Coldplay. Zespół osiągnął niewyobrażalny sukces, w dodatku w pełni zasłużony. Ma na swoim koncie ponad 50 milionów sprzedanych płyt oraz liczne nagrody branży muzycznej. Wydali pięć albumów studyjnych, z których trzy ostatnie "Mylo Xyloto" , "Viva La Vida or Death and All His Friend" a także "X&Y" zajmują wciąż topowe miejsca na listach przebojów. Coldplay urzeka swoją muzyką już od wielu wielu lat. Tak naprawdę, założycielami byli studenci, a pomysłodawcami; ówczesny wokalista - Chris Martin i gitarzysta - Jonny Buckland. Wszystko zaczęło się od pisania piosenek przez wymienionych. Ich pierwszy album "Parachutes" był strzałem w dziesiątkę. Dotychczas uważa się, że był to jeden z najlepszych debiutów wszech czasów co potwierdza uzyskana nagroda Grammy za najlepszy album alternatywny. W ten sposób również wylansował się jeden z najsłynniejszych utworów zespołu pt: "Yellow". Jednak chciałbym teraz odejść od samego zespołu i skupić się na jego wokaliście. Chris Martin - dla mnie, wokalista o głosie tak charakterystycznym i przyjemnym, że nie sposób o nim zapomnieć i się od niego uwolnić. Mamy coś wspólnego. Zarówno ja jak i wokalista uważamy, że jego duet z Rihanną "Princess of China", to jeden z najlepszych utworów na płycie "Mylo Xyloto", ba - jeden z najlepszych utworów w jego karierze. Świetne piosenki, bardzo pouczający i głęboki tekst, bardzo inteligentne teledyski z nutką dowcipu, świetne komplikacje oraz występu koncertowe. Jednym słowem - świetny.

W moim porównaniu z Coldplay konkuruje amerykański zespół Imagine Dragons. Tak, to jest konkurent. Początkowo, nic takiego w nim nie widziałem, podobnie jak w konkurencie, jednak gdy nałożyłem słuchawki, przesłuchałem płytę, musiałem uczcić chwilę minutą ciszy. Absolutna rewelacja. Krążek "Night Visions", jest pierwszym albumem studyjnym zespołu. Wydali co prawda, kilka EP-ek, ale tak naprawdę to Night Visions była jednym ogromnym krokiem w przód. Pomówmy o samym składzie. Wokalista Dan Reynolds jest muzykiem z prawdziwego zdarzenia. Nie wiem czy jest to udawana maskarada, czy prawdziwe wczucie się w utwór, ale sposób w jaki eksponuje utwór "Radioactive" w teledysku jest oszałamiający. Podobnie jak cała płyta; świetne utwory, zachwycające kompozycje, które jak nie każde z tego gatunku muzycznego od razu chwytają za serce. Fenomenalne teksty piosenek, które trafiają i zostają głęboko w człowieku, a nie tylko trafiają i ulatniają się po kilkunastu minutach jak nie wcześniej. Na szczególne zainteresowanie zasługują utwory "Radioactive" , "It's Time" oraz "Bleeding Out". Owa trójka kompletnie przebija topową trójkę Coldplay. Owe słowa, mogą ranić prawdziwych fanów słynniejszego zespołu, ale prawdą jest, że Imagine Dragons ich przebili.

I taki jest mój werdykt, dopóki nie znałem Imagine Dragons, na tronie muzyki indie siedział Colplay, giermkiem był zespół Mumford & The Sons. Role się odwróciły.. Imagine Dragons - myślę że swoją muzyką i swoim podejściem do niej zawładną nie jednym sercem i niejednokrotnie zrewolucjonizują rynek muzyczny, a ja z słuchawkami założonymi na świeżo umyte włosy będę trwał i trwał przy rytmach grupy z Nevady, no chyba że...